Co to oznacza?

 


Czy muzyka, którą słyszę ma prawo wypychać łzy z moich oczu? Nawet bez słów, bez głębokiego kontekstu, związku z konkretną sytuacją życiową, codziennością, czymkolwiek... Czy to oznaka słabości? Czy powinienem zacząć się bać? Przecież łzy, które płyną bez powodu (?) mogą oznaczać prawdziwe kłopoty gdzieś głęboko w podświadomości.

Cóż, z drugiej jednak strony, moja babcia zwykła mówić, że lepiej cały czas płakać, niż się śmiać, ponieważ ten, kto nieustannie się śmieje z pewnością musi być niespełna rozumu. 

Taaaa..., ulga :)

Jestem pewien, że mam większość klepek na właściwych miejscach, mają odpowiedni kształt i rozmiar. Nie posądzam siebie o nadmiar szaleństwa. Nie, nie staram się ukrywać i zaprzeczać. Jestem najprawdopodobniej normalny. Ha!

Nadal jednak czuję banalną gulę w gardle, kiedy dźwięki dolatują do moich uszu. Najłatwiej mógłbym zrzucić to na barki natchnionej duszy, która gdzieś tam się we mnie kryje, ale nie mam tej czelności. Facet taki, jak ja jest raczej nazbyt powierzchowny.

Dobrze, piszę zbyt dużo. Wracam do mojego słuchania... Pozwolę łzom wygrać, bo czemu nie! Pewnie jutro zastąpi je szeroki uśmiech i głośny śpiew!

Popularne posty z ostatnich 30 dni