Opowiadanie


 

    Wiele, wiele lat temu miałem w sobie uwielbienie dla kina Bergmana. Napisałem wtedy opowiadanie, które poświęciłem temu wspaniałemu twórcy. Chciałbym je tutaj wkleić. Może znajdziecie w nim jakąś cząstkę literacko-filmowej magii. Wszystkiego dobrego.


TRZECIA OSOBA

Dla tych, którzy pokochali Bergmana

Mężczyzna ubrany w czarny sweter spacerował ulicami miasta. Dłonie trzymał założone za plecami, zamyślanym wzrokiem omiatał budynki, których wygląd przypominał mu o Sztokholmie. Podobne mury, podobne okna z firankami, niebo podobne. Te same chmury.

    Ludzie byli odmienni. Sztucznie ukolorowani, pozornie radośni i cieszący się wiosną. Pod sukienkami i koszulami krył się bagaż przeszłości śmierdzącej zgniłymi wnętrznościami. Rozmawiali z sobą w śpiewnym, niemal magicznym, języku; ich słowa płynęły do uszu mężczyzny, wychwytywane z harmidru miasta.

    Mężczyzna kochał ten język. Czasem wydawało mu się, że ci, którzy urodzili się ze słowiańskim instrumentem głosowym maja możliwość powiedzenia o swej rzeczywistości wszystko, opisując ją w każdym wymiarze. Czasowniki przypominały szelest liści, przerywany nagłym kukaniem kukułki partykuł. Przymiotniki były niczym świergot skowronka. Rzeczowniki to przewijającej się taśmy w projektorze. Język polski został stworzony do mówienia o świecie, malowania jego portretów.

    A szwedzki! On przypominał rąbanie topora wikinga. I wyzwiska.

    Mężczyzna przystanął przy wystawie sklepu tekstylnego. Przyglądał się drewnianym korpusom manekinów z narzuconymi na nie tkaninami. Czytał ich nazwy: bawełna, aksamit, tiul. Gdzieś wewnątrz sklepu przechadzała się młoda kobieta w szarej sukience bez rękawów, podpierając brodę dłonią. Wyglądała jak pisarka (może maszyna do pisania stała skryta pod ladą) albo jak aktorka obmyślająca wyjątkowo trudną rolę.

    Dostrzegł widmo swego odbicia w szybie. Jego twarz nosząca na sobie skazy twórcy nałożyła się na postać kobiety. Poruszył nosem, następnie brwiami. Ta twarz niemal do niego nie należała. Stała się na krótki moment twarzą sprzedawczyni.

    Popatrzyła na niego. Przez jej usta przebiegł cień uśmiechu. Mężczyzna nie zareagował. Kobieta powoli obróciła się do niego plecami. Miała wąskie plecy. Zamek sukienki biegł wzdłuż jej kręgosłupa niczym szew chirurga.

    Zatonęła w myślach. Może występowali w nich cali ludzie, nie tylko ich drewniane ekwiwalenty.

    Mężczyzna odszedł od witryny. Stado gołębi dreptało po chodniku dziobiąc niewidzialne okruchy. Niespodziewanie ptaki wzbiły się w niebo. Zatrzepotały i wylądowały opodal młodego małżeństwa obserwującego swoje dziecko.

    Ruszył w kierunku kawiarni, którą odwiedzał każdego dnia, już od miesiąca. Jej tymczasowość i pustka przyciągały go. Czuł się w niej otwarty; gdy spoglądał na blada ścianę widział kadry, twarze, ujęcia.

    Mężczyzna nie przyciągał niczyjej uwagi. Szedł powoli, niespiesznie. Nie miał żadnych zobowiązań, nikt na niego nie czekał. Przyjechał do tego miasta właśnie po to, by w lesie Polaków odnaleźć pomysł. Ze Szwecją łączyła go w tej chwili tylko pamięć i rozpakowane walizki w tanim pokoiku. Pomysł miał się narodzić z łona konotacji i asocjacji.

    Te słowa – choć znał je już w języku szwedzkim, dopiero po polsku nabrały znaczeń.

    Wszedł pod arkady. Poczuł chłód, gdy zagarnięty został przez cień. Lubił iść powoli pod tymi arkadami, niemal niewidoczny dla przechodniów na zewnątrz, w słońcu. Może zerkali na niego, lecz w rzeczywistości on dla nich nie istniał. Był w cieniu.

    Mijał kolejne okna kawiarni „Pod Arkadami”. Wewnątrz było niewielu ludzi. Jakaś para piła kawę poruszając bezgłośnie ustami.

    Otworzył drzwi kawiarni i wszedł do środka. Owionął go zapach taniej wykładziny, kawy i szarych ścian bez obrazów. Za ladą z lewej krzątał się łysiejący mężczyzna. Dostrzegł nowo przybyłego i skinął głową na powitanie.

    - Dzień dobry – powiedział.

    - Dzień dobry – odparł Szwed z trudem naśladując melodię polskiego języka. Wielokrotnie ćwiczył te śpiewne wyrazy, gdy stał przed lustrem. Ale widząc swe usta układające się w grymasy języka polskiego, rezygnował z bezwartościowych starań.

    - Kawę?

    - Kawę.

    Cieszył go fakt, że nie musiał wypowiadać wielu słów, by porozumieć się z tym człowiekiem. Kilka tygodni codziennego rytuału zamawiania i picia kawy nastroiły ich umysły do tych samych zakresów fal, usta były jedynie nadajnikami.

    Sprzedawca zniknął na zapleczu i po chwili powrócił z białą filiżanką wypełniona smolistym płynem. Szwed skinął w podzięce głową, sięgnął do kieszeni i wydobył z niej monetę – jedną z tych, które każdego poniedziałku wrzucał do kieszeni - w sam raz na cały tydzień. Podał ja sprzedawcy i zabrawszy kawę podszedł do jednego z wolnych stolików. Usiadł.

XXXXX

SEANS 47

    Myśli. Moje myśli. Moje myśli są. To kolejny raz, gdy próbuję urządzić wszystko we właściwy sposób i nie, nie potrafię. Rozlewa się, próba znowu tak samo się zaczęła stopklatką, ujrzałem dłonie, fragment, zarys twarzy, ale bez wyrazu, bez niczego. To za mało. A co z resztą, kiedy mi się uda? Tyle już zrobiłem, prawda? Prawda? No i nadal tkwię. Jeżdżę, próbuję, szukam, natrafiam na części, fragmenty. Ujęcia zbyt proste lub zbyt wyszukane. Słyszę szum, stukot kamery, lecz kadry zostają puste, tylko poszarzałe. Myśli, myśli, umysł – oznaczają wszystko. Znane mi twarze rozpływają się i uciekają gdzieś w głąb, nie zostaje nic. Może, może kiedyś uda się naprawdę, no naprawdę uczynić obraz.

    Obraz.

XXXXX

    Wszedł do pokoju, w którym znajdowało się łóżko, szafka nocna z telefonem („To jedyny taki pokój w hotelu” – mówił portier, a Szwed kiwał głową nie rozumiejąc słów) i pudło przypominające magnetofon, owinięte kablami. W kącie leżała otwarta walizka wypełniona ubraniami złożonymi w kostkę. Światło wieczoru wlewało się do pokoju przez okno i zabarwiało wnętrze na karmazynowo. Kable oplatające pudło wyglądały niczym morskie glony.

    Usiadł na łóżku, przechylił się przez nie i przysunął do siebie telefon. Podniósł słuchawkę i przyłożył ją do ucha. Wykręcił numer.

    Słyszał oddech, może nawet kilka.

    - Dzień dobry – powiedział i oddechy umilkły.

    To oddychały kłopoty Polski, w których nie chciał brać udziału, pragnął je wyciąć, by mu nie przeszkadzały. Był świadom tego, że nazbyt rozpasane mogłyby zaszkodzić.

    Usłyszał kilka sygnałów, następnie trzask podnoszonej słuchawki po drugiej stronie Bałtyku.

    - Halo – powiedział kobiecy głos.

    - Dzień dobry, moja droga.

    - Witaj. Miło cię słyszeć.

    - Ciebie również. Masz zmęczony głos. Pracowałaś?

    - Pisałam, trochę ćwiczyłam. Czekałam na telefon od ciebie.

    - Telefon z dobrymi wieściami?

    - A są takie?

    - Telefony czy wieści?

    - Z twojego głosu nigdy nie mogę wyczytać czy żartujesz, czy mówisz poważnie. Wieści, oczywiście.

    - Nie, raczej nie. Wciąż nie udało mi się wykreować obrazu. Próbuję i próbuję i ciągle nic.

    - Może to nadal nie to miejsce?

    - Może… chociaż powoli zaczynam myśleć, że w kreacji nie chodzi o miejsce.

    - A o co?

    - O osobę. Że to nie miasto, nie kraj powodują nadanie obrazowi życia. Są tylko tłem, na którym możesz się pojawić, a tło nie jest tak naprawdę istotne. Nadaje koloryt, pozwala utworzyć przestrzeń dla pierwszego planu, a on się liczy najbardziej. Na nim musi stać człowiek. To człowiek jest katalizatorem, jego oczy, słowa. Przecież to ludzkie myśli tworzą obraz.

    - Teraz musisz odnaleźć osobę.

    - Zasmuciłem cię.

    - Tak, bo… tak dawno wyjechałeś. Byłeś w Rzymie, Lyonie, teraz…

    - Jeszcze dwa, trzy dni i wracam do Szwecji.

    - Naprawdę?

  - Tak, muszę zastanowić się, co zrobić. Nadal nie mam pomysłu, nie mam obrazu. Pustka. A jednocześnie wiem, że mógłbym stworzyć coś nowego. Pojawiają się jakieś tam strzępki, jednak to zbyt mało.

    - Wrócisz do Szwecji.

    - Tak. Jeśli nie zdołam stworzyć niczego, poddam się

    - Przykro mi, ale jednocześnie cieszę się, że wrócisz do Szwecji.

    - Rozumiem. Co masz w planie na wieczór?

    - Nie wiem, trochę poćwiczę.

    - Nie przemęczaj się, dobrze?

    - Dobrze. Do zobaczenia i dobranoc.

    - Dobranoc, Liv.

    Rozmowa zakończyła się. Szwed popatrzył na pudło. Kiedy stało na podłodze, było bezduszne i martwe. Pomyślał, że widok sprzedawczyni w sklepie tekstylnym czy też kilku nieobecnych przechodniów, który zapadł mu w pamięć mógłby pomóc przy seansie.

    Karmazynowe światło wypełniające pokój zaczęło blaknąć, zmieniało się w pomarańcz; stawało się coraz słabsze, ustępując mrokowi.

    Wstał z łóżka, podszedł do pudła. Rozplątał kable. Ich wtyczki wetknął w otwory z boku pudła. Podniósł pokrywę, pod którą znajdowały się szare klawisze i mechanizm rejestrujący obraz, dźwięk wyjęty ze starej kamery ROSIX. Mężczyzna dotknął przycisku uruchamiającego silnik ukryty w maszynie. Powierzchnia przycisku zachęcała do wciśnięcia.

    Ciemność pokonała światło. Nastała godzina narodzin nocy.

    Gdzieś w oddali zawył pies. Może szukał drogi do domu pośród ulic martwego miasta. Niczym wilk.

    Mężczyzna przyłożył do obu skroni końce kabli i przykleił je wysłużonymi plastrami. Westchnął. Uniósł i opuścił brwi. Poklepał się po policzkach. Zamknął oczy.

    Przywołał fragmenty minionego dnia: gesty, szuranie butów, śpiew języka polskiego, plecy sprzedawczyni. Czarną kawę w białej filiżance wśród tymczasowości ścian.

    Chciał wykreować choć twarz, tytuł, zarys akcji.

    Po godzinie położył się spać, zmęczony nieudanym seansem.

XXXXXX

    Odczytał tytuł filmu widniejący na afiszu. Afisz był przylepiony do ściany budynku, zaraz obok wejścia. Drzwi prowadzące do ciemnego wnętrza kina „Kraków” znajdowały się w sąsiedztwie ogromnych okien pozwalających ujrzeć okienko kasy i widzów nadchodzącego seansu, którzy przechadzali się w oczekiwaniu na otwarcie drzwi do sali lub też rozmawiali o czymś bez zbędnych gestów.

    W kasie siedziała kobieta, a okrągły otwór w okienku przypominał aureolę nad jej głową. Podawała bilet jakiemuś niewysokiemu czarnowłosemu mężczyźnie w rozciągniętym swetrze. Na nosie miał grube przeciwsłoneczne okulary, które zdawały się nie na miejscu w szarości wieczoru.

    Szwed jeszcze raz przeczytał tytuł: „Jak by kochaną”. Nie rozumiał tych słów. Nazwiska reżysera i odtwórców głównych ról również nic mu nie mówiły. Przez kilkadziesiąt sekund wpatrywał się w tytuł, ale jego treść nie stała się dla niego jaśniejsza.

    Poczuł obecność kogoś za plecami. Czyjeś oczy patrzyły w ten sam punkt co i jego. Odsunął się.

    - „Jak być kochaną” – powiedział człowiek stojący za Szwedem. Miał młody głos, niemal dziecięcy.

    Szwed obrócił się. Ujrzał chłopca piętnasto-szesnastoletniego. Jego twarz była niemal stara – oczy miały w sobie wiedzę i świadomość czterdziestolatka, kąciki ust opadały w dół.

    Chłopiec popatrzył na Szweda i wskazał afisz palcem.

    - Idzie pan na tę rupieciarnię?

    Szwed nie poruszył się. Chciał odejść, wejść do kina, zniknąć, zasnąć i się nie obudzić, zawieruszyć się. Przez tego chłopaka. Jednak nawet nie drgnął. Tylko mrugnął.

    - Has jest świetny, taki nierzeczywisty.

    - Nie rozumiem – wykrztusił Szwed w swoim użytecznym polskim.

    - No, Has jest jak sen, w którym my – widzowie jesteśmy jakby gośćmi, obserwatorami, ale i twórcami.

-     I don’t understand Polish – powiedział Szwed bez starania o brytyjski akcent. Nienawidził go, nie znał, nie próbował go w sobie wytrenować.

    Chłopak kiwnął ze zrozumieniem głową i pokazał palcem tytuł:

    - „Jak być kochaną” – przeczytał, a następnie powtórzył tytuł po angielsku.

    Ludzie wchodzący do kina zerkali na mężczyznę i chłopca bez zainteresowania. Ich twarze po prostu obracały się w ich kierunku, a potem powracały do poprzedniej pozycji. Jak statyści.

    Szwed już znał tytuł filmu. Po kilku chwilach poznał tez poglądy chłopca na temat twórczości reżysera. Ograniczały się one do kilku nieskładnych zdań w języku angielskim i otwartych ramion.

    Niespodziewanie jednak Szwed zapragnął obejrzeć film, który zaczynał się za pięć minut. Chciał usłyszeć polską mową płynącą z głośników, ujrzeć aktorów i ich ogromne twarze będące urzeczywistnieniem wizji scenarzysty i reżysera.

    Coś, jakby instynkt, głos, mówiły mu o tym, że ten chłopiec był… on był…tak, był celem, finałem poszukiwań. Nie Lyon, na który pozierał Bresson, nie Rzym pachnący Viscontim.

    Tu, w tym polskim mieście zagubionym w pamięci nawet Polaków, był ten chłopiec o oczach jakby zmęczonych od ciągłego wpatrywania się w obrazy rodzone przez „camerę obscura”. On miał w sobie…obraz. Ta świadomość pojawiła się tak niespodziewanie, że Szwed z trudem powstrzymał podniecenie. Jaki instynkt powiedział mu o wartości tego chłopca? W jaki sposób nagle poczuł, że nie przegra i stworzy obraz? Nie wiedział. Poczuł tylko zastrzyk szczęścia. Ostatnia pieczęć jego podróży została otwarta.

    - Film zaraz się zacznie – powiedział chłopiec po angielsku i zaraz potem dodał – chce pan, bym go panu tłumaczył?

    Szwed zgodził się na to (był tak podekscytowany! Tak bardzo podekscytowany!) i obaj weszli do kina, kupili bilety i zniknęli w ciemnej sali z białym ekranem.

XXXXXX

SEANS 48

    Ta kobieta ma jasne włosy, szare, szare. Czarno-białe. Patrzy w dal. Jakby spała, poruszała się powoli. Ktoś obserwuje, ale nie wiemy kto i… gołębie. Te dziwne ptaki trzepocą skrzydłami, nie widzę. Powstaje zarys, tło pulsuje, a potem uspokaja się, zarys nabiera kształtu, niknie. Gołębie nie przestają latać, jeden, drugi, setny, mnożą się nad światem. Gdybym umiał je zatrzymać, nadać szarości formę. Gdybym zajrzał do środka pozostając na zewnątrz.

XXXXXX

    Siedzieli na sali – chłopiec i mężczyzna. Chłopiec nachylał się do ucha Szweda i szeptał słowa. Na białym tle ekranu ich postaci przypominały cienie człowieka i diabła. Chłopiec początkowo starał się tłumaczyć wszystkie kwestie, ale uniesiona dłoń wpatrzonego w ekran Szweda sprawiła, że skupił się jedynie na najistotniejszych zdaniach bohaterów.

    Szwed zaś przymykał oczy tak, że obraz na ekranie stawał się zamglony, wąski, niemal niewidoczny. Potem otwierał je szeroko i obraz nagle uwypuklał się, następnie powracał do normalnego kształtu.

    Podobał mu się film, jego nieuświadomiony pokrętny porządek. Relacje pomiędzy bohaterami były delikatnie zaznaczone, nie do końca ujawnione i sprecyzowane. Wszystko było jakby projekcją rzeczywistości, ale przesuniętej o jeden stopień w prawo lub w lewo.

    Kilkakrotnie w czasie seansu spojrzał na chłopca. Jego wąski nos odstawał od reszty twarzy, oczy zdawały się doskonale rozumieć problemy postaci na ekranie, żyły ich życiem.

    Chłopiec był kamera rejestrująca świat, ale po swojemu. Szwed czuł dreszcz na myśl o podłączeniu chłopca do pudła. Czuł dreszcz radości tworzenia.

    Film się skończył, salę wypełniło blade światło. Widzowie w milczeniu opuścili kino, wprost w ciemność wieczoru. Szwed i chłopiec stanęli naprzeciwko siebie.

    - Gdzie pan mieszka? – spytał chłopiec.

    - W hotelu.

    - No to idziemy w tym samym kierunku.

    - Dobrze – stwierdził Szwed po polsku.

    Ruszyli ramie w ramię. Nie rozmawiali. Szwed chciał zaprosić chłopca do siebie, ale obawiał się jego reakcji. Dlatego milczał i tylko szedł.

    Niespodziewanie chłopiec odezwał się:

    - Znam pana skądś.

    Szwed przystanął.

    - Tak?

    - Kojarzy mi się pan z kimś.

    - Tak?

    - Z Doktorem Mabuse.

    - Dlaczego?

    Chłopiec zacisnął usta, jakby poszukiwał właściwych słów. Wreszcie odpowiedział:

    - Ma pan te sama siłę ideologii na twarzy.

    Szwed odetchnął głęboko.

    - Pójdziemy do mojego pokoju? – spytał.

    - Po co?

    - Mały eksperyment. Chce wykreować obraz i wiem, że ty możesz mi w tym pomóc.

    Doprawdy nie spodziewał się tego, że tak szybko i bezboleśnie przyjdzie mu wypowiedzenie tych słów. Wiedział, że dla wielu mogły one wydawać się niezrozumiałe i pokrętne. Tak długo starał się utrzymywać swój projekt w tajemnicy, podróżował po Europie bez wyjaśniania, dlaczego, w jakim celu, co z tego może się zrodzić. I ten polski chłopiec sprawił, że cały plan podróży stał się niemal prosty i z pewnością wykonalny.

    - Obraz? Wykreować obraz? Film?

    Przez twarz Szweda przebiegł grymas niesmaku.

    - Film to taki banalny wyraz.

    - Chce pan stworzyć film? Ze mną?

    - Nie film! – krzyknął Szwed, zaraz jednak ściszył głos. – Coś więcej.

    Chłopiec skrzyżował ręce na piersiach. Spojrzał w niebo, które pokryte było czernią poprzetykaną bielą gwiazd. Zamarł w całkowitym niemalże bezruchu. Jedynie oczy się poruszały.

    Znieruchomieli obaj. Z każdej strony byli nieruchomi. Przechodnie odeszli do swych spraw. Kino ze swym białym ekranem zostało gdzieś daleko.

    - Dobrze. Stworzymy obraz?

    - Stworzymy… Chciałem stworzyć go sam, lecz nie potrafiłem.

    - Jest pan reżyserem, prawda?

    - Kim?

    Szwed nie rozumiał przedostatniego wyrazu wypowiedzianego przez chłopca. Być może słyszał go wielokrotnie wcześniej w swym życiu, ale nigdy nie wypowiedział go Polak. Co takie słowo robiło w ustach polskiego chłopca?

    - Tworzy pan filmy.

    - Już ci mówiłem, że nie lubię tego słowa. Wolę „obrazy”.

    - Dobrze, tworzy pan obrazy?

    - Tak.

    - Czy to możliwe, bym któreś znał?

    - Może…

    Szwed zamilkł. Chłopiec mógł znać wiele spośród nich. Jego oczy były oczami wiecznego widza, obserwatora, który kino uznaje za miejsce równoważne z łonem matki.

    - Jak się pan nazywa? – spytał.

Szwed pokręcił przecząco głową i uniósł ręce w geście poddania. Chłopiec pokiwał głową.

    - Rozumiem. Idziemy?

    - Tak.

    Mężczyzna odetchnął cichutko. Zakrył usta dłonią i przesiał wydychane powietrze przez filtr palców. Chłopiec skrzyżował ręce na piersiach. Ruszyli ciemnymi ulicami.

XXXXXX

    A w pokoju mężczyzny chłopiec usiadł na łóżku. Uśmiechał się, gdy lustrował wzrokiem wnętrze. Mężczyzna rozprostowywał kable. W jego ruchach była nerwowość walcząca z opanowaniem.

    Chłopiec obserwował pudło. Nogi podciągnął na łóżko.

    - Czy to okno wychodzi na zachód? – spytał.

    - Tak.

    - Pewnie w pokoju jest czerwono, gdy jest zachód słońca – dodał po zastanowieniu się nad doborem słów.

    - Tak, rankiem jest zielono. Nie wiem, dlaczego.

    Szwed rozplątał kable i pokazał ich końce chłopcu.

    - A gdzie kamera? – spytał chłopiec.

    - To cos więcej. Tu jest kamera – wskazał szpule spoglądające w górę źrenicami wałków – Jest też tutaj.

    Szwed ukazał swoja głowę.

    - Kiedyś tworzyłem obrazy normalnie. Miałem ludzi do pomocy, kamery. Teraz ich nie potrzebuję. Mam to. Kreuję obrazy dzięki temu.

    - Jak to?

    Szwed uśmiechnął się i natychmiast obrócił do chłopca tyłem, a gdy z powrotem ukazał mu swoją twarz, była na niej powaga. Tylko jego oczy wyrażały rosnące podniecenie. Chłopiec pokręcił głową.

    - Ta maszyna ożywia myśli.

    - Dlaczego ja jestem panu potrzebny?

    - Myślałem, że potrzebuję konkretnego miasta dla ożywienia. Przestrzeni. Ale to nie o miasto chodzi, lecz o człowieka. Jeden, specjalny człowiek, który czuje obrazy pozwala na nadanie kształtu ideom. Ja jakby dyryguję, a on gra… – Szwed z wysiłkiem dobierał słowa, jego angielski sprzeciwiał się przepracowaniu.

    - Ja jestem tym człowiekiem?

    - Nie wierzysz? Uświadomiłem to sobie natychmiast po ujrzeniu ciebie.

    Chłopiec popatrzył na pudło, szpule, klawisze i kable. Następnie zaś skierował wzrok na Szweda, który przypominał dziecko trzymające rzecz, która do niego nie należała i chciało natychmiast je oddać.

    - Pomyliłem się – stwierdził chłopiec. – Pan nie jest Doktorem Mabuse, ale Rotwangiem z „Metropolis”.

    Chłopiec przysunął się bliżej Szweda. Spuścił stopy na podłogę. Dłonie złożył na udach.

    - Zgadzam się. Tak.

    Szwed kiwnął głową.

    - Cieszę się – powiedział, a następnie przylepił końce kabli do skroni chłopca. Kilkakrotnie przesunął palcami po odklejających się starych plastrach. Kiedy uznał, że kabelki nie odkleją się, uruchomił maszynę.

XXXXXX

    - Halo?

    - Halo, moja droga.

    - Och, witam cię. Nie podziewałam się, ze zadzwonisz o tej godzinie. Czy coś się stało? Kiedy przyjeżdżasz?

    - Stało się. Stało się coś wspaniałego. Przyjeżdżam jutro.

    - Jutro? Cudownie!

    - Masz zaspany głos, ale i tak słyszę w nim radość.

    - Ingmarze, przestań.

    - Dobrze. Stało się coś idealnego. Spotkałem pewnego chłopca, a właściwie los mi go przysłał.

    - O jakim chłopcu mówisz?

    - Jest młody, może szesnastoletni, ale ma w sobie tę moc, której szukałem. Rozumiesz? Stworzył obraz! Stworzył.

    - Co? Udało ci się?

    - Nie mnie, jemu się udało. Poszukiwałem tak długo, a to on odnalazł mnie. Spotkaliśmy się pod kinem, obejrzeliśmy film. Wyczułem w tym chłopcu dziwną emanację, dojrzały geniusz. Zaproponowałem mu udział w eksperymencie z użyciem mojej maszyny. Zgodził się. I to było wspaniałe! Jakbym po prostu powiedział mu: twórz, a on zaczął kreować. Szpule kręciły się, a ten chłopiec był taki spokojny. Trwało to i trwało. On siedział i wpatrywał się we mnie. Jego oczy jakby prześwietlały mnie na wylot, jakby grzebały we mnie. Aż nagle szpule zatrzymały się.

XXXXXX

    Chłopiec odlepił kable od skroni i podał je Szwedowi. Rozejrzał się po pokoju, chyba nie do końca wiedząc, gdzie się znajdował. Jego wzrok wydawał się odlepiony od twarzy, zagubiony. Po chwili jednakże na powrót stał się jasny i pewny siebie.

    - Patrzyłem na pana – zaczął chłopiec. – Widziałem w panu film… obraz. Pana umysł mi go podpowiedział.

    - A ty?

    - We mnie też był obraz.

    Potarł skronie. Spojrzał na dłonie. Zamknął je w pięści, rozprostował.

    - To niesamowite.

    - To magia. Ona rozjaśniła nasze umysły. Ty pozwoliłeś im działać.

    - Czyli jest pan magikiem?

    - Nie, obaj jesteśmy.

    Chłopiec zszedł z łóżka. Przypatrzył się szpulom, które jeszcze przed momentem rejestrowały, przetwarzały i nadawały kształt. Dotknął ich. Były ciepłe.

    - Czy możemy to zobaczyć?

    - Jeszcze nie. Dopiero, kiedy ja dołączę choć kilka procent mojego umysłu, powstanie obraz. Ty nie jesteś twórcą… Nie wiem, jak to powiedzieć.

    - Nie jestem reżyserem.

    Tym razem Szwed nie skrzywił się na dźwięk tego słowa. Przytknął końce kabli do swych skroni.

    - Będę reżyserem – powiedział chłopiec, lecz Szwed już tego nie słyszał. Włączył maszynę, zamknął oczy i wpłynął na morze swych myśli. Zatonął w nich, pozwalając prądowi stworzonemu przez chłopca nieść się naprzód.

    Już nie kreował cieni, zarysów, duchów. Dawał wyraz twarzom, wypełniał kontury ciałami. Dawał przyczynom skutki, a wydarzeniom ich głębie. Ubierał, wydobywał z pamięci charaktery i wciskał je w stroje. Niektórym postaciom podarowywał maski, innym rozdawał przedmioty typowe dla ich profesji.

    Kleił kadry. Kleił i ciął. Ciął i kleił.

    I w końcu, zmęczony, otworzył oczy. Dostrzegł mgłę chłopca, jego widmo. Po chwili stało się ono wyraźniejsze, bardziej jaskrawe. Szwed odkleił od skroni kabelki i wyłączył maszynę. Jej silnik jęknął i zgasł. Szpule przestały szumieć w miarowym obrocie.

    - Już? – spytał chłopiec.

    - Na teraz tak. Jestem wyczerpany.

    - Mogę zobaczyć?

    - Nie. Muszę wrócić do Szwecji i dopiero tam będę mógł nadać obrazowi końcowy kształt. Teraz już jest cudowny, ale… to mój pierwszy raz, gdy korzystam z mojej… mojej maszyny na takim etapie tworzenia. Jeszcze nigdy tak daleko nie doszedłem. Jeszcze nigdy.

    - Pan jest Szwedem?

    Szwed popatrzył na chłopca i natychmiast spuścił wzrok. Chłopiec wyciągnął przed siebie dłoń.

    - Krzysztof.

    Szwed z wahaniem uścisnął wyciągnięta dłoń.

    - Rotwang.

    - Tak – chłopiec niemal się uśmiechnął. – Rozumiem. Czy będę mógł przyjść jutro, by spróbować jeszcze raz?

    - Tak. O tej samej porze. Będę na ciebie czekał.

    Chłopiec ruszył w kierunku drzwi odprowadzany wzrokiem Szweda. Położył dłoń na klamce i obrócił się do mężczyzny.

    - Tam była pielęgniarka. W tym obrazie.

    - Tak.

    - Jak jej na imię? – spytał, a gdy Szwed nie odpowiedział, dodał – Chciałbym, aby miała na imię Weronika.

    Chłopiec wyszedł pozostawiając Szweda samego.

    Mężczyzna opadł na łóżko. Czuł jeszcze ciepło chłopca. Niemalże słyszał jego oddech i ciche odgłosy wydawane przez działającą maszynę.

XXXXXX

    - Okłamałeś go. Przecież się nie spotkacie. Zabierasz swoją maszynę i wracasz do Szwecji jutro, prawda? Prawda?

    - Ten chłopiec ma ogromny talent, ogromną moc twórczą, lecz jeszcze nie jest na tyle ukształtowany, aby zezwolić mu na tworzenie swoich wizji. Musi być pokorny.

    - I twoje zachowanie ma go tej pokory nauczyć?

    - Masz mi za złe to, co robię?

    - Nie, ale żal mi tego chłopca.

    - On da sobie radę. Oglądałem obraz jakiegoś Hasa w kinie. Wcześniej widziałem coś Morgensterna. Mój Boże, widziałem przecież Viscontiego, Bressona, Langa, Dreyera… i wszystkie te obrazy zostały stworzone przez ludzi doskonałych, ale nie posiadających tego bakcyla, który posiada Krzysztof.

    - Widziałeś też swoje obrazy.

    - Ja to co innego. Jesteśmy tacy sami – Krzysztof i ja.

    Oboje zamilkli.

    - Nie podoba mi się to imię – Weronika. Jest nazbyt wyniosłe. Lubię proste imiona – powiedziała kobieta.

    - Dobrze. Nazwijmy ją Alma.

    - Tak, to imię bardziej mi się podoba. Zakładam, że to ja nią jestem.

    - A któżby inny, moja miła?

    - Wspaniale. A co z tytułem?

    - Tytuł nie jest ważny teraz, kiedy muszę poprowadzić jeszcze jeden, dwa seanse kończące.

    - Muszę ci opowiedzieć sen, który miałam zaraz przed telefonem od ciebie. Przepraszam, że zmieniam temat, lecz muszę ci o nim powiedzieć.

    - Słucham.

    - Śniło mi się, że byłam nad morzem. Siedziałam na skale i wystawiałam twarz na działanie słońca. Spojrzałam w dół. Na plaży dostrzegłam dwie kobiety i dwóch chłopców. Kobiety były piękne i nagie, chłopcy bardzo młodzi i także nadzy. Kochali się. Słyszałam ich jęki, odgłosy wydawane przez spocone, rozgrzane od słońca ciała. Widziałam szeroko otwarte oczy, usta, podniecenie. Ale jednocześnie wszystko było bardzo teatralne, nie do końca prawdziwe, czarno-białe. A potem oni kończyli i zaczęli od nowa. I nagle poczułam za sobą czyjąś obecność. Obróciłam się, a tam stała maja matka, ale martwa. Miała zgniłe ciało, puste oczodoły, robactwo na ramionach. Powiedziała coś, czego nie zrozumiałam. Chciałam, by powtórzyła, lecz obawiałam się poprosić o to głośniej, bo mogłaby się rozgniewać. Wskazała palcem swoje puste, czarne oczodoły. Ale one nie były puste. Miała w nich róże. I wtedy zadzwoniłeś.

    - Bałaś się?

    - Nie. Raczej byłam zaciekawiona i podniecona.Tęsknię za tobą.

    - Niedługo się zobaczymy. Już wkrótce.

XXXXXX

SEANS 52

    Kreuje obraz. Jest wyrazisty. Wiem, że jest idealny. Krzysztof mi pomógł. Wszystko ma sens, jakieś znaczenie, głębię. Wystarczy jedynie poszukać, schylić się i obejrzeć drogę, po której stąpamy. Boże, jak wspaniale jest poskładać myśli w jeden

wyrazisty

obraz

ZERWANIE

PROJEKTOR UKAZUJE BIEL EKRANU

TAŚMA SKACZE

CIĘCIE!

    Szwed spakował maszynę i zamknął walizkę. Ostatni raz obrzucił pokój spojrzeniem. Był poranek, więc wnętrze miało barwę świeżo rozwiniętych liści.

    Szwed otworzył drzwi i wystawił rzeczy na korytarz. Popatrzył na pościelone łóżko. Na poduszce leżała zasuszona główka róży, którą Szwed wydobył z malutkiego pudełeczka wciśniętego pod koszule w na dnie walizki. Róża była białą.

    Wyszedł z pokoju i zamknął za sobą drzwi. Ruszył pustym, użytecznie bezbarwnym korytarzem.

XXXXXX

    Chłopiec trzymał w dłoniach najnowszy numer magazynu filmowego. Siedział na ławce naprzeciwko piaskowego ratusza i palił papierosa. Nie obawiał się przyłapania na paleniu. Papieros był taki niezależny, bardzo abnegacyjny.

    Przewracał strony pisma i zaciągał się dymem. Marzył o tym, by jego palce stały się pożółkłe od tytoniu. Marzył też o siwiźnie na przerzedzających się włosach i o zmarszczkach w kącikach oczu. Nigdy jednak nie mówił nikomu o swym pragnieniu bycia starym. Zamykał usta i mrużył oczy.

    Ludzie mijali go, niektórzy z nich nawet rzucali w jego kierunku szybkie spojrzenia pełne dezaprobaty. Czuł je, lecz nie unosił głowy.

    Oglądał kadry reprodukowane na stronach, czytał nagłówki, wyszukiwał nazwiska reżyserów, aktorów, scenarzystów.

    I niespodziewanie, w tym procesie wędrowania po tekście, dostrzegł kadr przedstawiający kobietę. Jej twarz była spokojna, jakby nieobecna, lecz równocześnie naznaczona uczuciem.

    Chłopiec rozpoznał tę twarz. Dostrzegł ją wtedy w umyśle Szweda, w tych jego skrawkach, które przepływały w sferze pomiędzy kabelkami. Ta twarz prześladowała go od dwóch lat - śnił o niej, widział jej pierwiastki w twarzach otaczających go kobiet. Lecz nade wszystko budziła ona skojarzenia z filmem. Chłopiec poszukiwał rysów kobiety pośród znanych mu aktorek i przez cały czas wymykała się ona, chowała, nie zezwalając na rozpoznanie.

    - Weronika – szepnął.

    Zgasił papierosa. Niedopałek zdusił podeszwą.

    Podpis pod kadrem w magazynie podawał nazwisko aktorki, imię kreowanej przez nią postaci, nazwisko reżysera. Kadr pochodził z filmu… obrazu, najnowszego w dorobku Szweda.

    Ten Szwed nie był reżyserem, lecz kreatorem obrazu. Nienawidził wyrazu „reżyser”, kochał kreować, zbudował nawet magiczną maszynę, która tworzyła, tworzyła, tworzyła…

    Chłopiec również za jej pomocą tworzył. Pozwolił Szwedowi (nie mógł tak naprawdę uwierzyć w to, KIM ON BYŁ) poprowadzić się w świat sztuki. Pozwolił mu wskazać sposób nadania kształtu marzeniom i wizjom. Pozwolił mu je urzeczywistnić.

    A potem Szwed skłamał. Uciekł i przypisał sobie całą moc twórczą. Chłopiec nie żałował tego. Był pewien, że zdoła zdystansować dokonania tego Szweda, który powoli umierał, starzał się, a jego starość nie mogła przynieść owoców.

    Chłopiec wiedział, że jego własna starość, o której tak bardzo marzył, da mu eksplozję kreacji. Będzie mógł, bez pomocy magicznych urządzeń, tworzyć filmy idealne.

    Wyciągnął kolejnego papierosa, zapalił go i zaciągnął się z satysfakcją. Wypuścił kłąb dymu, który niby groźna ośmiornica zagarnął w posiadanie fragment powietrza, przesłonił obraz ratusza.

    Chłopiec zamknął magazyn i wstał z ławki. Poszedł do kina, gdzie odbywał się przegląd obrazów Szweda pod tytułem: „Oko i zwierciadło. W oczekiwaniu na Personę”.

KONIEC











Popularne posty z ostatnich 30 dni