POCZĄTEK OPOWIEŚCI
👇👇👇
Gdzieś między 19:00 a 19:30 Robert zaczął odczuwać zmęczenie. Zmęczenie niekończącym się ciągiem ludzi, pikaniem czujnika wychwytującego kody kreskowe oraz staniem za pulpitem, który jeszcze kilka miesięcy temu – gdy zaczynał swą karierę w biznesie sprzedażowym (ha, ha) – kojarzył mu się ze stołem mikserskim, zza którego jakiś tam Fatboy Slim mógł wymachiwać łapami do tańczącego, kochającego go tłumu. Obecnie Robert widział już tylko metalową pokrywę, skrywającą jego zgromadzone pieniądze oraz czerwone oko czujnika patrzące na niego z dołu niczym HAL 9000 w „Odysei kosmicznej”. Czujnik pożądał produktów, a Robert robił mu dobrze, zaś klapa kasy wyskakiwała i wyskakiwała, odsłaniając swoją cudowną zawartość.
Czy Robert kiedykolwiek zastanawiał się nad tym, ile mogłoby brakować w kasie po jego zmianie, żeby nikt się nie zorientował, żeby nie zarejestrował manka, które ewentualnie zrobił? Cholera jasna, myślał o tym częściej niż urywał torbę jednorazową i podawał ją gamoniowatym klientom. Dziesięć..., no – dwadzieścia złotych dziennie razy wszystkie dni, które przerobił za kasą... Starczyłoby na bilet w jedną stronę gdzieś daleko, więc: „Całujcie mnie w dupsko, spadam od was, żarłoczne supermarketowe psy”.
W chwilach osłabienia Robert lubił wymyślać co by było, gdyby...
A stojąc tego piątkowego wieczora za kasą, miał właśnie jeden z tych słabszych momentów. Chciał sobie usiąść, ale nie mógł, bo firma uznała, że siedzące panie kasjerki wyglądają dobrze, bo każdy klient rozumie, że kobiety muszą mieć siedzącą pracę, bo na nią zasługują (słaba płeć, solidarność jajników, tyłki trzeba posadzić, takie tam...), że to nieludzkie, by musiały stać. Ale za to pan kasjer – no, proszę was. Facet z ciebie, więc stój.
Robert mógł co najwyżej oprzeć się o swój pulpit przy braku klientów, ale ci nadchodzili i nadchodzili, jakby każdy nagle przypomniał sobie, że już mamy weekend, a wtedy żremy najwięcej.
Produkty, pik-pik-pik, podanie kwoty, trach! – kasetka otwarta, dziękuję, zaptraszam ponownie i won mi stąd. Następny proszę!
Fakt, polityka firmy zakładała, że każdy pracownik powinien uśmiechać się – głupio, mądrze, debilnie, jakkolwiek – lecz Robert potrafił w tym okresie kryzysu jedynie mamrotać „dziękujęzapraszamponownie” bez jakiegokolwiek wyrazu twarzy, a na pewno bez radości. Kierownik sklepu mógł przyjść i go opieprzyć lub też zaczepić go po zamknięciu i porozmawiać z nim na temat jego niewłaściwej postawy (stój, kurwa, prosto i szczerz się!), ale Robert nie potrafił się zbytnio tym przejmować.
Pozostałe aktywne kasy również były zajęte. Widział dwie znajome, z którymi nie utrzymywał zbytniego kontaktu, nawet gdy mieli tę samą przerwę śniadaniową. Jedna z nich – Luiza – była małolatą z burzą nastroszonych piór na głowie, a jakikolwiek czas wolny spędzała wpatrując się w ekranik smartfona, a w zasadzie każdy inny czas pewnie też. Robert mógł się założyć (z samym sobą, tak było najbezpieczniej), że smartfon – mimo wyraźnych firmowych zakazów – tkwił teraz wetknięty gdzieś pod pulpitem, a Luiza w dwusekundowej przerwie między klientami zerkała nań, może w nadziei na znalezienie sensu dla swego młodocianego życia. O czym, no o czym, Robert miał z nią rozmawiać, skoro on swój smartfon traktował jedynie jako narzędzie do niezbyt częstych telefonów do rodziców, jakichś tam kumpli, czy oglądania pornosów przed kąpielą?
Druga z dziewczyn – Daria albo Danka – była nowa i dopiero wdrażała się do życia w sferze handlowo-usługowej. Była ona dla Roberta zagadką, której w sumie nie musiał (i nie chciał też) rozwiązywać. Kusiła go jedynie czerwona blizna pod lewym okiem dziewczyny, przybyłej tam kilka dni wcześniej.
👇👇👇
Cóż, na życzenie dobrych koleżanek, muszę dopisać ciąg dalszy :).
Buziaki.


